Notatki z naszych podróży, z dziećmi i bez
wtorek, 17 kwietnia 2012
Lizbona - zapowiedź :)

Zapraszam wkrótce na wycieczkę do Lizbony :)

Wygląda znajomo? A to nie Chrystus ze Świebodzina, tylko z Lizbony. Stoi tam już od 1959 roku. 

 

Teraz tylko  pokonujemy most 25 kwietnia i już jesteśmy w Lizbonie.

 

niedziela, 01 kwietnia 2012
Portugalia - Sintra - pałac Pena

I pomyśleć, że o mały włos wcale byśmy do Sintry nie pojechali...

Przed wyjazdem do Portugalii spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy byli tam miesiąc wcześniej, i oni właśnie poradzili nam, żeby przy okazji wycieczki do Lizbony zahaczyć także o Sintrę. Sintra położona jest na północ od Lizbony, w lesistych górach, które od wieków były miejscem, w którym portugalscy królowie i dostojnicy odpoczywali od letnich upałów. Faktycznie jest tu chłodniej niż w Lizbonie i wybierając się na wycieczkę, dobrze jest zabrać ze sobą sweter nawet w upalny dzień.

Samej miejscowości Sintra nie zwiedziliśmy dokładnie, a szkoda, bo jest bardzo malownicza. Znajduje się tam wiele rezydencji i część z nich udostępnionych jest zwiedzającym (jak na przykład Palacio Nacional de Sintra z charakterystycznymi wieżami). My jednak wybraliśmy się do położonego na stromym wzgórzu pałacu Pena. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam ten pałac, przyszło mi do głowy określenie: szalony sen architekta...

Najpierw jednak trzeba wdrapać się na wzgórze. Autem można dojechać dość wysoko, bardzo krętą i wąską drogą. Wszędzie rozmieszczone są informacje o parkingach i ilości wolnych miejsc, tak więc dojechaliśmy tak daleko, jak się dało, trafiając pod jeden z punktów sprzedaży biletów. Pałac Pena otoczony jest około 200-hektarowym parkiem. Jeżeli nie spieszycie się, warto pospacerować po parku i nacieszyć oczy widokiem egzotycznych roślin i niewielkich budowli. Na sam zamek dojeżdża też niewielki autobusik dla tych, którzy nie czują się na siłach wdrapać na wzgórze. My wybraliśmy drogę przez park (oprócz swetra, warto pamiętać o wygodnych butach).

Magiczny jest moment, kiedy zza liści wyłania się pierwszy fragment zamku...

Pałac Pena wznosi się w miejscu, w którym od średniowiecza znajdowała się kaplica, zbudowana w miejscu, gdzie ponoć ukazała się Matka Boska. Przez kilkaset lat znajdował się tam niewielki klasztor. W XVIII wieku klasztor został uszkodzony przez piorun, a następnie "przysłużyło" mu się słynne trzęsienie ziemi z 1755 roku. W XIX wieku królowa Portugalii Maria II poślubiła niemieckiego księcia Ferdynanda de Saxe-Coburg-Gotha, który wpadł na pomysł przekształcenia tego miejsca w letnią rezydencję portugalskiej rodziny królewskiej.

Zatrudniono niemieckiego architekta-amatora, który wzorował się ponoć zamkami nad Renem. Może i da się dopatrzyć pewnego podobieństwa ;)

Jak podaje Wikipedia, arkady, elementy średniowieczne oraz islamskie były pomysłem króla Ferdynada. Miał chłop fantazję... Po śmierci królowej Marii (która nota bene urodziła mężowi jedenaścioro dzieci!), Ferdynand związał się z aktorką i śpiewaczką Elizą Henzler, dla której w parku otaczającym pałac powstał niewielki domek, wzorowany na szwajcarskich chalets (ten domek również można odwiedzić, ale tam nie dotarliśmy).

 

Pod koniec XIX wieku pałac został przejęty przez państwo, a po upadku monarchii w roku 1910 zaklasyfikowano go jako pomnik narodowy i przekształcono w muzeum. W 1995 roku wpisano pałac na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 

Bilety wstępu są dość kosztowne, ale warto je nabyć, bo to jest naprawdę niezwykłe miejsce. Cały zamek można obejść dróżkami otoczonymi przez blanki, na których naprawdę momentami żałowałam, że nie mam na sobie długiej sukni rozwiewanej przez wiatr ;) Widoki też są przepiękne, bo w pogodny dzień można dokładnie obejrzeć sobie całą okolicę, a także wznoszący się na sąsiednim wzgórzu obronny zamek mauretański (tam też można się wdrapać i prawdopodobnie zrobić przepiękne zdjęcia pałacu Pena).

Zwiedzanie zamku z zewnątrz zajmuje dość dużo czasu, bo jest tam całe mnóstwo detali architektonicznych, które można długo kontemplować. Jak na przykład ten:

Wnętrze zamku jest nie mniej ciekawe. Największą wadą jest niestety fakt, że w środku jest zakaz robienia zdjęć, i rzeczywiście w każdym pomieszczeniu jest osoba pilnująca, więc nie da się nawet zrobić zdjęcia ukradkiem. Poza tym przemieszczać trzeba się w kolejce i ponieważ za nami już stoją osoby płonące żądzą obejrzenia danego pokoju, nie pozostaje się tam zbyt długo. Być może poza wysokim sezonem turystycznym jest trochę lepiej, choć my i tak byliśmy tam w jednym z ostatnich dni sierpnia.

Dla nas, przybyszów z Polski, wnętrze pałacu jest olśniewające! Wszyscy wiemy, jak wyglądają podobne wnętrza w Polsce, spustoszonej przez wichry historii. Tymczasem w pałacu Pena odnieśliśmy wrażenie, że mieszkańcy po prostu wyszli na chwilę, zostawiając wszystkie rzeczy codziennego użytku! Jest tam na przykład sala jadalna z kompletną zastawą, co do najmniejszego talerzyka, z której ja osobiście nie mogłam wyjść. Są osobiste sypialnie króla i królowej, zdumiewające niewielkim rozmiarem łóżek (ludzie musieli być w tamtych czasach niewielkiego na dzisiejsze standardy wzrostu...). Jest sala balowa i gabinety, a na sam koniec wchodzimy do zapierającej dech w piersiach kuchni, w której błyszczą wypolerowane garnki miedziane wszelkich możliwych rozmarów. Cudo! Naprawdę można namacalnie odczuć, jak wyglądało codzienne życie w XIX wieku. Wielka szkoda, że nie można nic sfotografować, żeby potem się ponapawać widokiem, ale w sklepiku z pamiątkami kupiliśmy widokówki, tak więc coś dla pamięci zostało. Natomiast na tej stronie można wybrać się na wirtualną wycieczkę po pałacu, a ogólnie dostępne zdjęcia wnętrza pałacu znajdują się tutaj.

 

Na zwiedzanie samego pałacu trzeba zarezerwować sobie co najmniej pół dnia, a jeśli chcemy zwiedzić także Sintrę, wówczas co najmniej kilka dni. Wracając z Sintry do Lizbony, warto ominąć autostradę i pojechać nadmorską drogą przez kurorty Cascais i Estoril. Widoki są niezapomniane! 

piątek, 30 marca 2012
Portugalia - twierdza Sagres

Kilka kilometrów na południe od Cabo de Sao Vicente, opisanego poniżej, leży niewielkie miasteczko Sagres - liczy ono zaledwie około 2 tysięcy mieszkańców, niemniej jednak jest ważnym punktem w historii portugalskich odkryć geograficznych. Tutaj urodził się i zmarł książę Henryk Żeglarz, i tutaj, jak podaje historia, utworzono pierwszą szkołę nawigacji i kartografii.

Twierdza została zburzona przez trzęsienie ziemi w 1755 roku i obecna wersja ponoć nie przypomina pierwowzoru.

Za wstęp na teren twierdzy należy uiścić niewielką opłatę. Teren jest bardzo rozległy i w ogóle nie ma tam cienia, trzeba więc zabrać coś do picia i nakrycie głowy, jeżeli wybieramy się tam w upalny dzień. W czasie naszej wizyty akurat było pochmurno i nawet padał przelotny deszczyk.

Całość obiektu nieco rozczarowuje. Twierdza jest niestety dość zdewastowana. Chociaż wszędzie znajdują się informacje turystyczne w kilku językach, przystanki edukacyjne, jak choćby duży glob z zaznaczeniem tras przebytych przez portugalskich podróżników lub model wyjaśniający działanie róży wiatrów nie nadają się do użytku. Niemniej jednak, miejsce to robi duże wrażenie poprzez swoją surowość.

Wchodząc na mury, możemy obejrzeć różę wiatrów - Rosa dos Ventos. Nie jest dokładnie jasne, jakie było jej przeznaczenie - czy była to faktycznie róża wiatrów, czy może zegar słoneczny. Nie wiadomo też, kiedy powstała i czy obecna rekonstrukcja jest na pewno zgodna ze stanem pierwotnym.

Idąc dalej w głąb, znajdujemy niewielki kościółek oraz armaty, wykierowane prosto w Przylądek Świętego Wincentego.

 

poniedziałek, 12 marca 2012
Portuglia - Zoomarine

Ulegając prośbom dzieci, a także spełniając własne ukryte marzenia (delfiny...), wybraliśmy się do parku tematycznego (theme park) Zoomarine, który znajduje się w pobliżu miasta Albufeira, tuż przy drodze N125. Porównując podobne atrakcje w Hiszpanii i Turcji, Portugalia jest najtańsza, ponieważ całodzienny wstęp dla całej rodziny kosztował nas około 50 euro (dzieci poniżej 5 roku życia mają darmowy wstęp). Bilety najlepiej kupić wcześniej. U nas w Alvor znajdowało się kilka punktów sprzedaży biletów - w agencjach turystycznych i sklepach z pamiątkami. Przyjeżdżając przed godziną otwarcia, czyli 10, z kupionym biletem mamy szansę uniknąć kilometrowej kolejki.

Na terenie parku znajduje się wiele atrakcji - głównie dla dzieci: baseny zewnętrzne ze zjeżdżalniami, niewielki rollercoaster, akwarium, karuzele, a dla nieco większych dzieci - duże zjeżdżalnie, diabelski młyn i kino 4D. No i co najważniejsze - sceny, na których odbywają się występy fok, lwów morskich, delfinów, papug i drapieżnych ptaków. Są też wybiegi dla żółwi, a także dla aligatorów i krokodyli (stamtąd akurat szybko uciekłam, bo jeden z krokodyli patrzył na mnie w bardzo nieprzyjazny sposób).

Przy wejściu do parku otrzymujemy całodzienną rozpiskę z planem występów na dany dzień. Można więc zaplanować sobie pobyt kilkugodzinny i spokojnie skorzystać ze wszystkich atrakcji. Trzeba zabrać ze sobą podstawowe wyposażenie plażowe, czyli kostiumy kąpielowe, ręczniki i klapki. Na terenie parku można wynająć zamykaną szafkę, w której można zostawić rzeczy aktualnie niepotrzebne. Są także kawiarnie, restauracje i bary szybkiej obsługi, więc nie ma problemów z aprowizacją.

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od występu fok i lwów morskich. Przed występem, publiczność została rozruszana przez bardzo zdolnego animatora - naprawdę trzeba mu pozazdrościć umiejętności panowania nad tłumem!

Scena: 

 

Pirat - animator: 

 

I główni aktorzy spektaklu: 

 

Przedstawienie z fokami miało fabułę, a narracja prowadzona była w języku portugalskim i angielskim. Dzieci ubawiły się setnie! Foki można potem obejrzeć w niewielkim fokarium, zarówno od strony lądowej, jak i pod wodą poprzez szklane szyby. Zdumiewające jest to, jak te zwierzęta są niezgrabne na lądzie, a jak sprawnie poruszają się pod wodą!

Po występie fok poszliśmy rozejrzeć się po terenie.

 

Poniżej widok na puste jeszcze baseny. Po prawej stronie, za palmowym liściem, widać basen dla dzieci ze zjeżdżalniami i największą atrakcją, czyli balią. Balia stopniowo napełniała się wodą, aż wreszcie przechylała się i cała woda wylewała się na spragnionych adrenaliny ochotników, wśród których znalazł się i nasz Mikołaj. Wszyscy oni stali wyczekująco pod balią, a jak wreszcie się przelała, ileż było pisków i śmiechu :) I niby to tylko balia... 

 

Widok na duże zjeżdżalnie, do których nie dotarliśmy:

Na terenie parku jest dość dużo miejsca, żeby rozłożyć się z ręcznikami, leżakami i parasolem. My zostawiliśmy sobie to na później i poszliśmy na pokaz papug, który bardzo nam się podobał. Dzieci pamiętają do dzisiaj, jak papuga wrzucała śmieci do kosza i jechała samochodzikiem, a na nas wrażenie zrobiły papugi latające prawie nad naszymi głowami.



Gwoździem programu są jednak występy delfinów, które naprawdę robią niezapomniane wrażenie. Delfiny, które widziałam pierwszy raz na żywo, to wdzięczne, cudowne i chwytające za serce zwierzęta. W Zoomarine można wykupić sobie indywidualne sesje pływania z delfinami, które oczywiście sporo kosztują, ale są na mojej liście życzeń. Może kiedyś mi się uda :)

Przed delfinami, jeszcze występ pływania synchronicznego z Białorusi.

I wreszcie delfiny:

I tu wyładowała mi się bateria w aparacie, więc niestety więcej zdjęć nie mam, a najbardziej żałuję, że nie udało mi się nakręcić filmu. Ale i tak był to dzień pełen wrażeń!

Będąc w Zoomarine, warto zajrzeć do modnego kurortu Albufeira, która jest przytulnym miasteczkiem położonym na wzgórzach. Do atrakcji należą zewnętrzne ruchome schody, prowadzące z zatoczki na szczyt klifu. Zdjęć niestety nie posiadam z powodu braku baterii, ale Albufeira nie urzekła nas niczym szczególnym, tak więc chyba strata niewielka - jest to w dużej mierze miejscowość turystyczna, podobnie jak opisywane wcześniej Portimao.

czwartek, 08 marca 2012
Portugalia - Cabo de Sao Vicente

Cabo de Sao Vicente, czyli Przylądek Świętego Wincentego, to koniuszek Europy najbardziej wysunięty na południowy zachód. Leży niepodal miasteczka Sagres. Jest to miejsce niezwykłe! Strome skały, porośnięte niską roślinnością, i rozciągający się ocean - myślę, że gdybym tam dłużej pomieszkała, to też pewnie przyszłoby mi do głowy, żeby zbudować statek i ruszyć przez bezkresne wody :) Na przylądku znajduje się latarnia morska, wskazująca drogę statkom - bardzo to zainteresowało mojego Męża, który zazwyczaj ogląda tę latarnię od strony morskiej.

Jak podaje Wikipedia, w średniowieczu miejsce to uznawano za koniec znanego Europejczykom świata. Nazwa przylądka wywodzi się od św. Wincentego z Saragossy. W czasach przedchrześcijańskich, gdy tereny te obejmowało Imperium Rzymskie, półwysep ten był nazywany Świętym Przylądkiem (łac. Promontorium Sacrum) dla uczczenia ostatniego miejsca, skąd widać było zachodzące słońce. Natomiast w marynarskim i żeglarskim żargonie zyskał on sobie przydomek "Przylądka Ciepłych Gaci" jako miejsce w którym płynąc z Europy przechodziło się ze strefy chłodniejszej do cieplejszej. 

Tuż przy latarni znajduje się parking dla samochodów i autobusów, a przy nim kilka straganów z muszlami, swetrami i innymi ciekawostkami. A także stragan dla tych, którzy zamierzają wybrać się w podróż morską :)

W samej latarni natomiast znajduje się sklepik z pamiątkami oraz niewielka kawiarnia. Nie skusić się na kawę i lody na koniuszku Europy - nie do pomyślenia!

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20